wtorek, 1 grudnia 2015

Rozdział czterdziesty pierwszy

 Weszła po schodach na górę i powoli szła do pokoju, w którym był Remus. Podeszła do drzwi, były zamknięte. Delikatnie zapukała i się odsunęła. Starszy przyjaciel podszedł do drzwi i otworzył Hermionie. Była zaskoczona wchodząc do tego pomieszczenia. Było tam czysto, na początku myślała, że pani Weasley wkroczyła do akcji, ale najwyraźniej w Remusie zachodziły wewnętrzne zmiany. Podeszła do okna i stanęła obok Lupina. Przyjrzała mu się, oczy miał dalej zapadnięte, ale widać, że czuje się już lepiej.
- Czemu na mnie patrzysz?- zapytał z bladym uśmiechem na twarzy.
- Bo Cię dawno nie widziałam i jestem ciekawa co u Ciebie słychać.
- Dobrze- odpowiedział po chwili, ale widząc jej niezadowoloną minę dodał:- Hermiono, nie martw się, naprawdę wszystko jest w porządku.
- Dlaczego chciałeś żebym przyszła?- zapytała.
- Bo cię dawno nie widziałem i jestem ciekawy co u Ciebie słychać.- po tym zdaniu spojrzeli po sobie i zaczęli się śmiać.- Dobrze cię widzieć, naprawdę. Jak się czujesz?
- Lepiej, ale pani Pomfrey zaleca żebym się nie stresowała. Przy tym dupku z lochów to niemożliwe.- saknęła.
- Wiesz, chciałem zaprzeczyć, ale chyba niestety mogę życzyć Ci tylko powodzenia, jesteś silna, dasz radę.
- Muszę dać, nie mam wyjścia. Słuchaj... Głupio mi o to pytać...- zaczęła, ale jej przerwał.
- Nie, nie mam z nią kontaktu. Zaczęła mnie unikać od momentu w którym to wszystko miało miejsce, to co stało się w tym pokoju, kiedy padłem i zacząłem błagać ja o przebaczenie. Sądzę, że Ona kogoś ma. Nie wiem dlaczego, ale ja to wiem, ja to czuję, że ona mnie już po prostu nie kocha. Pozwolę jej odejść, nie będę jej zatrzymywać, skoro jest szczęśliwsza beze mnie.
- Remusie...- jej głos się złamał a łza pociekła po policzku. 
- Ej, nie płacz, nie warto się przejmować moimi problemami, naprawdę.- powiedział po czym przytulił ją do siebie.- dobrze, że mam Ciebie i Syriusza, to mi wystarczy, uwierz mi.
 Harry jak zwykle musiał wybrać najbardziej odpowiedni moment ze wszystkich momentów i wszedł do pokoju.
- Hermiono, musimy już iść, Umbridge za nie długo wraca z Ministerstwa.
- Idź, napisz czasami do mnie, trzymaj się.- powiedział huncwot. 
- Obiecuję.
 Zeszła na dół bez Harry'ego, bo Lupin chciał jeszcze z nim porozmawiać sam na sam. Pożegnała się ze wszystkimi i wzięła torbę z jedzeniem od Pani Weasley. Oczywiście znalazła tam tyle smakołyków, że pewnie połowę będzie musiała wyrzucić, bo nie wyrobi się z ich zjedzeniem. Wzięła garść proszku fiuu i weszła do kominka. Zielone płomienie otuliły ją całą a Ona poczuła niemiły uścisk na ciele. Od razu udała się do swojego pokoju w celu odłożenia swojej paczki i pognała na patrol. Miała cichą nadzieję, ze spotka tam Malfoy'a i w końcu z nim porozmawia, ale nigdzie go nie było. Ani na parterze, ani przed szkołą, ani na żadnym z pięter. Dziwiło ją to, bo przecież jej patrol zaczynał się od jutra. Tej nocy przyłapała dwóch krukonów, trzech ślizgonów i jednego gryfona na wałęsaniu się po Hogwarcie w nocy. Odebrała po pięć punktów na głowę i poszła do swojego pokoju. Przebrała się i poszła się położyć. Jutrzejsze zajęcia zaczynała od godziny dziesiątej więc jeszcze musiała iść rano do Snape'a. Nie podobał jej się ten pomysł, ale nie miała za wiele do gadania.  
 Wstał rano naburmuszony jak codziennie i poszedł załatwić poranne czynności do toalety. Wiedział, że zaraz przyjdzie więc musiał opanować swoją złość na cały świat, bo był tego pewien, że jeśli tego nie zrobi, zabije ją dzisiaj i wysadzi tą szkołę w powietrze. Przygotował kociołki, wyciągnął składniki i parę książek. Poprosił skrzata domowego, żeby zrobił mu śniadanie. Zabrał się za czytanie, ale długo sobie i tak nie poczytał bo do pracowni wtargnęła istota o bujnych kłakach potocznie zwanymi włosami. Już chciał się na nią wydrzeć, że nie puka, ale przypomniał sobie, że to nie miałoby całkowicie sensu.
- Trzy kociołki Veritaserum, powodzenia.
 Bez słowa zabrała się za swoją pracę, nie miała zamiaru wchodzić z nim w jakieś rozmowy, nie umiała spojrzeć mu w oczy po ostatniej wymianie zdań. Czas płynął jej szybko, a ona obracała się wśród eliksirów i składników.
- Profesorze, skończyłam robić jeden, ale zrobiłam bazę pod dwa. Za piętnaście minut zaczynają się zajęcia, mogę już iść? 
- Idź, idź.- mruknął, nie przerywając pracy.- widzę Cię dzisiaj o dziewiętnastej tutaj.
 Wyszła z pracowni bez słowa i pomknęła prosto na transmutację. Nie umiała się dzisiaj skupić i przez to Gryffindor stracił 10 punktów. Lekcje minęły jej dosyć szybko i od razu poszła na obiad nie czekając na nikogo.
- Hermiono, zaczekaj!- krzyczał Harry. W końcu udało mu się ją dogonić.- co jest?
- Nic, zły dzień.- odpowiedziała naburmuszona
- No, ale co się stało, przecież jeszcze wczor...- zaczął, ale nie dokończył, bo kiedy wchodzili do wielkiej sali, stanęli jak wryci a oczy postawili w słup. Szybko zrozumieli co się dzieję. Wściekły Blaise, płacząca Ginny, Luna przytulająca rudą. 
- NIE DOTYKAJ MNIE TY WREDNY RUDZIELCU! NIE ROZUMIESZ?! ZOSTAW MNIE, NIE ZBLIŻAJ SIĘ DO MNIE.- krzyczał Zabini w stronę Ginny.
- Hola hola, co tu sie dzieje na Merlina!- do akcji wkroczył wściekły Harry.- trzymaj język za zębami Blaise! 
- Potter, zejdź mi z drogi bo pożałujesz tego bardziej niż twoi rodzice kilkanaście lat temu.- warknął na odczepne członek Slytherinu.
 W mgnieniu oka leżeli na ziemi i okładali się pięściami. Do Wielkiej Sali wkroczyła najmniej potrzebna osoba- Severus Snape. Jak można było się spodziewać, różdżką posłał Harry'ego na ścianę obok, a swojego wychowanka podniósł ręką. 
- Co tu się wyrabia do jasnej cholery!- wrzasnął Snape, a ruch w Wielkiej Sali tak jakby umarł. 
- Ta pokraka się do mnie przystawiała- odpowiedział zniesmaczony.
- Potter dziesięć punktów od Gryffindoru za rozpoczęcie bójki a ty Weasley piętnaście punktów za robienie sobie nadziei. Wariaci- warknął pod nosem.
- O nie!- zdenerwowała się Luna Lovegood. Wszyscy zaczęli przyglądać się tej jakże dziwnej scenie.- Nie ma prawa pan ukarać tak moich przyjaciół!
- Ja już skończyłe...- zaczął wściekle Mistrz Eliksirów.
-... Ale ja nie skończyłam, więc proszę mnie łaskawie wysłuchać.- dopowiedziała za niego.- Jakim prawem dał pan tylko Gryffindorowi ujemne punkty? A czy wie pan może, co on zrobił?- wskazała głową na Zabiniego.- Pierwsze zawrócił Ginny w głowie a kiedy ona już się oparła to wyśmiał ją przy całym Slytherinie! Cóż za pokaz wyższości z ich strony, naprawdę. Czy pan naprawdę nie widzi, że nie tylko Gryfoni są winni? Dlaczego zawsze tylko oni mają obrywać? Ślizgon był tutaj głównym powodem kłótni, więc niech pan w końcu zacznie dostrzegać, że i pana dom nie jest święty, a skoro nie umie pan tego dostrzec, to lepiej jeżeli zrezygnowałby pan z funkcji wychowawcy domu. Dziękuję, skończyłam.
 Na Wielkiej Sali zapanowała cisza. Snape był w takim szoku, że nie miał zbyt inteligentnej miny. Jedyne co zdążył powiedzieć to "Lovegood, do mojego gabinetu." i mruczał coś o dziesięciu ujemnych punktach do Slytherinu. Kiedy Luna wychodziła z Sali, wszyscy oprócz Ślizgonów bili jej brawo. Kto by się spodziewał, że to właśnie Ona się mu postawi, ale jedno jest pewne... nie wiadomo czy teraz wyjdzie z tego żywa.

 Miesięczna przerwa dobrze mi zrobiła, wena powróciła i jest już okej. Mam nadzieję, że ktoś jeszcze będzie czytać tego bloga... Pierwszy rozdział po dłuższej nieobecności, więc proszę być wyrozumiałym, pozdrawiam, Luna :)